2025 – rok odwagi, spełnionych marzeń i wychodzenia ze strefy komfortu…

Cześć! Jestem Natalia i…
niedawno zakończyłam swoją przygodę jako Au Pair. Mieszkałam w Massachusetts, w miejscowości Newtown, niedaleko Bostonu. Opiekowałam się dwiema dziewczynkami: ośmioletnią Charlotte i pięcioletnią Clarą. Trafiłam na świetną rodzinę, przy której szybko poczułam się swobodnie i bezpiecznie, mimo że byłam na drugim końcu świata.

Życie, które jest naprawdę moje…
Jasno ustalony grafik i wolne weekendy pozwoliły mi stworzyć w Stanach życie, które było naprawdę moje, a jednocześnie dawały mi możliwość w pełni cieszyć się rolą Au Pair i byciem częścią amerykańskiej rodziny.Lubiłam swoją pracę i wspólnie spędzany czas z dziewczynkami, a zarazem bardzo doceniałam przestrzeń, jaką miałam do budowania własnej codzienności.

Drastyczne wychodzenie ze strefy komfortu?
O programie marzyłam od bardzo dawna, właściwie od początku liceum. Wiedziałam, że prędzej czy później wyjadę, bo to było jedno z tych marzeń, które po prostu MUSZĄ się spełnić. Nie chodziło mi tylko o bycie turystką, ale też o spróbowanie życia w zupełnie innej, amerykańskiej rzeczywistości. O przekonanie się, czy odnajdę się w tym wszystkim…
Z perspektywy czasu widzę jak bardzo ukształtowała mnie decyzja o wyjeździe. Tak drastyczne wychodzenie ze strefy komfortu dało mi gromną pewność siebie i poczucie, że naprawdę stać mnie na wszystko.
Teraz, myśląc o końcu 2025 i o wszystkim, co się w nim wydarzyło, mam wrażenie, jakbym w ciągu jednego roku nadrobiła całe lata niespełnionych marzeń. To był czas odwagi, nowych doświadczeń i chwil, które na długo zostaną w mojej pamięci.

Próbowanie nowych rzeczy jest ważne!
Jedną z takich chwil, która zostanie ze mną na długo, było malowanie ceramiki. To pomysł, który chodził mi po głowie już od dawna. Pierwszy raz wybrałam się tam w moje urodziny, razem z nowo poznaną koleżanką z Niemiec. Niestety, mój pierwszy kubek nie okazał się arcydziełem i szybko wylądował na dnie szafy razem z wiarą w moje zdolności artystyczne. Zamiast się zniechęcić, postanowiłam spróbowania jeszcze raz. W ten sposób obok szpetnego kubka, stanęła jeszcze gorsza miseczka 🙂 Mimo to, próbowałam dalej i z każdą kolejną wizytą moje prace wyglądały coraz lepiej, a ja coraz bardziej cieszyłam się efektem końcowym.
Pod koniec programu wróciłam tam po raz ostatni, żeby stworzyć coś wyjątkowego dla mojej host family – pomalowany przeze mnie wazon, który dałam im wraz z prezentem pożegnalnym. Miło było zostawić im coś, co tak bardzo pokochałam w trakcie mojego czasu spędzonego z nimi. Dziś mój pokój pełen jest ceramicznych pamiątek ze Stanów, które przypominają mi, jak wiele radości dało mi próbowanie nowych rzeczy, nawet jeśli na początku nie wychodziły idealnie.

Był to też rok przełamywania własnych barier.
Zawsze omijałam sport szerokim łukiem, dlatego zapisanie się na pilates było dla mnie sporym wyjściem ze strefy komfortu, zwłaszcza, że poszłam tam sama… Weszłam do studia zalana stresem. Jak można się spodziewać, zupełnie niepotrzebnie. Instrukcje były jasno tłumaczone a ćwiczenia na reformerach były super zabawą. Pilates stał się dla mnie stałym punktem tygodnia. Chodziłam na zajęcia regularnie i z każdą wizytą czułam się pewniej. Zajęcia dawały mi poczucie kontroli, energii i satysfakcji z tego, że robię coś dla siebie. Było to jedno z tych doświadczeń, które pokazały mi, że czasem wystarczy jeden odważny krok, żeby odkryć coś, co naprawdę dodaje skrzydeł.

Spełniłam też marzenie, które miałam od lat, czyli…
Obejrzenie musicalu na Broadwayu. Wiedziałam, że jeśli już lecę na program, to obowiązkowo muszę zobaczyć musical na żywo. Gdy okazało się, że na Broadwayu grany jest „Six”, byłam w siódmym niebie. Od lat interesuje się dynastią Tudorów i historią sześciu żon Henryka VIII, więc możliwość zobaczenia musicalu właśnie w tej tematyce, była dla mnie spełnieniem marzenia w najczystszej postaci.
Najbardziej uderzyło mnie to, że był to zupełnie zwykły czwartkowy wieczór. Coś co przez lata wydawałoby się czymś odległym i nierealnym, nagle jest na wyciągnięcie ręki. Ten moment dał mi ogromne poczucie dumy. Kolejna pozycja z bucket listy – zdecydowanie checked.

Wisienką na torcie był mój travel month,
czyli największy projekt logistyczny w moim życiu. Plan był ambitny, może nawet trochę szalony. Obejmował trasę od Teksasu aż po Seattle. Sama zaplanowałam wszystko od A do Z. Przejazdy, noclegi, bilety i szukanie travel buddies w mediach społecznościowych. Ostatecznie wraz z siedmioma dziewczynami, z których większość wcześniej znałam tylko z internetu, w ciągu 18 dni przejechałyśmy ponad 6500 kilometrów, odwiedziłyśmy 9 stanów i 15 parków narodowych. Choć organizacja była sporym wyzwaniem, a odpowiedzilność była ogromna, ekscytacja zdecydowanie wygrywała ze stresem.

Trochę obawiałam się, jak dogadamy się z dziewczynami, w końcu towarzystwo wpływa na całą podróż, ale bardzo szybko okazało się, że nadajemy na tych samych falach. W jednym aucie spotkały się osoby z Niemiec, Brazylii, Włoch czy RPA i nagle okazało się, że mimo różnych krajów i historii wcale tak bardzo się od siebie nie różnimy. Pożegnania na koniec podróży, ze łzami w oczach, były najlepszym dowodem na to, jak wyjątkowy był ten czas.
Największym wow była jednak skala tego, co widziałyśmy każdego dnia. Parki narodowe, które wyglądały jak miejsca z innej planety, stanie nad ogromnym kanionem, patrzenie na krajobrazy rozciągające się po horyzont i świadomość, że jestem tam dzięki własnej odwadze i podjętym decyzjom. Nigdy nie czułam się tak wolna i duma. To były chwile, w którym uwierzyłam, że mogę wszystko.

Patrząc dziś na ten rok i wszystko, czego doświadczyłam
jestem tak strasznie wdzięczna. Za odwagę, którą w sobie znalazłam, za ludzi, których spotkałam i za marzenia, które udało mi się spełnić. Program pokazał mi, jak wiele może się wydarzyć, kiedy naprawdę pozwolisz sobie spróbować.
Zamów broszurę
Zamów bezpłatną broszurę i zapoznaj się z ideą bycia Au Pair.
Przedstaw nas swoim bliskim!

Odkryj plusy
naszego programu
Au Pair



