Back to school? Back to USA!
Teraz cały rok w USA kosztuje tylko 1290 zł!

Co robić z host dziećmi w wolnym czasie? Pomysły Kasi!

Wyjazd do USA i… globalna pandemia

Kiedy wyjechałam jako Au Pair w 2019 roku, nie wiedziałam jeszcze, że kilka miesięcy później cały świat stanie na głowie. Pandemia sprawiła, że szkoły były zamknięte, a moje host kids spędzały w domu absolutnie każdą godzinę. Ich rodzice pracowali w służbie zdrowia, więc to na mnie spoczywała odpowiedzialność za organizowanie dnia, rozrywki, nauki i… utrzymania jakiejkolwiek normalności.

Właśnie wtedy odkryłam coś, co stało się moim sposobem na wszystko: zabawę przez naukę. To podejście ratowało nam każdy dzień. Dzieci się nie nudziły, uczyły się nowych rzeczy, a ja razem z nimi. Do dziś uważam, że to jeden z najlepszych sposobów na budowanie relacji, rozwijanie kreatywności i wspólne spędzanie czasu.

Najlepsze narzędzie?

Poniżej opisuję aktywności, które sprawdziły się u mnie w 100%, ale pamiętaj, że to tylko część pomysłów. Najlepszym narzędziem Au Pair jest wyobraźnia. Serio! To właśnie wtedy odkryłam, jak ważna jest kreatywność Au Pair. I jak wiele można zrobić bez wielkich budżetów, drogiego sprzętu czy idealnych warunków. Wystarczy chęć, otwartość i trochę wyobraźni.

Moje host kids mieli 11 i 7 lat – chłopiec i dziewczynka, czyli idealny przepis na dwa zupełnie różne światy. Różnica wieku sprawiała, że często chcieli robić coś kompletnie innego. Dlatego szukałam takich zajęć, które albo połączą ich mimo odmiennych zainteresowań, albo pozwolą im działać obok siebie, ale wciąż razem i we wspólnej atmosferze.

Aktywność i integracja (nawet wtedy, gdy dzieci mają różne zainteresowania)

Jedną z zabaw, która sprawdziła się u mnie najlepiej, była gra „Impostor w prawdziwym życiu”, inspirowana Among Us. Zamienialiśmy dom i ogród w planszę pełną zadań, wskazówek i misji, a jedno z dzieci dostawało sekretną rolę impostora. To była mieszanka ruchu, strategii, kombinowania i śmiechu, która nigdy im się nie nudziła.

W samochodzie też nigdy się nie nudziliśmy. Klasykiem stały się słowne łańcuchy, czyli gra, w której jedno słowo kończy się na literę, na którą drugie musi się zaczynać, np. glass → snake → ear → rabbit… Proste, ale idealne połączenie zabawy, ćwiczenia angielskiego i zabicia czasu w drodze. Czasem przeradzało się to w prawdziwe słowne wyzwania, które uczyły refleksu i kreatywności, a przy okazji były genialną, „niewidoczną” nauką języka również dla mnie.

A kiedy energia aż kipiała, po prostu odpalaliśmy na YouTube Just Dance. Zero przygotowań, zero sprzętu, tylko muzyka, śmiech, bitwy taneczne i totalne wygłupy. Zawsze działało, niezależnie od humoru czy pogody. To był mój pewniak na szybkie rozładowanie energii i poprawę nastroju.

Te aktywności pokazywały mi jedno, że dzieci naprawdę potrafią się zaangażować, jeśli damy im coś, co jest jednocześnie zabawą, wyzwaniem i odrobiną nauki. A przy tym wszystkim… to ja sama bawiłam się równie dobrze jak oni.

Kilka „kreatywniejszych” pomysłów

Kiedy potrzebowaliśmy wyciszenia albo po prostu chwili kreatywności, wybierałam zajęcia artystyczne lub kuchenne i to zawsze był strzał w dziesiątkę. Jednym z ulubionych projektów dzieci było tworzenie własnych kubków. Kupowałam zwykłe białe kubki za kilka dolarów i zestaw markerów do porcelany, a oni projektowali swoje wzory jak prawdziwi artyści. Potem wkładaliśmy wszystko do piekarnika, żeby utrwalić rysunki, i nagle zwykły kubek zamieniał się w osobistą pamiątkę.

W kuchni z kolei piekliśmy babeczki i robiliśmy „konkurs dekoratorski”. Jedno dziecko stawiało na minimalizm, drugie tworzyło totalne cukrowe szaleństwa, a ja byłam jurorem, który udawał profesjonalną krytyczkę cukierniczą. Czasami wszystko było w lukrze, łącznie ze stołem i mną, ale radość była tego absolutnie warta.

Slime (to zawsze dobry pomysł)

Hitem nad hitami zawsze był slime. Robiliśmy fluffy, bubble, crunchy, z brokatem, glow in the dark – pełen przekrój. Wystarczył odpowiedni klej, odrobina płynu do soczewek, soda oczyszczona i dodatki. Już po chwili masa zaczynała się ciągnąć, zmieniać strukturę, a dzieci mogły tworzyć swoje własne „odmiany”. To była magia sensoryczna, przy której szczerze mówiąc, ja bawiłam się równie dobrze.

Nauka i zabawa

Nic tak nie wciąga dzieci jak mały efekt WOW, który jednocześnie tłumaczy coś, co w szkole brzmi poważnie: chemia, ciśnienie, fizyka. Domowy wulkan z barwników, sody i octu to klasyk, ale za każdym razem wywoływał ten sam zachwyt. Najpierw budowaliśmy „krater” np. Z kartonu lub gazet, potem wlewaliśmy ocet i nagle kolorowa lawa wypływała jak w prawdziwej erupcji. Robili przy tym zawody, czyj wybuch będzie większy.

Kolorową magią była też tęcza w mleku. Kilka kropli barwników, odrobina płynu do naczyń i kolory zaczynały „tańczyć”, bopowierzchnia mleka reagowała na zmianę napięcia. Mogli patrzeć na to bez końca. Jednym z eksperymentów, który naprawdę ich zaskoczył, był domowy filtr do wody. Cięliśmy butelkę na pół, a w środku układaliśmy warstwy piasku, węgla aktywnego, waty i kamyków. Potem dzieci celowo brudziły wodę ziemią i obserwowały, jak przechodzi przez kolejne warstwy i staje się coraz czystsza. To było takie małe „wow”, po którym nagle zaczynali dopytywać o to, jak działa filtrowanie wody na świecie.

Czasami bawiliśmy się też w mini ogrodników. Sadzenie fasoli w słoiku i obserwowanie jej dzień po dniu to niby drobiazg, ale dzieci traktowały to jak projekt naukowy. Innym razem robiliśmy „pogodowy dzienniczek”, mierząc deszcz, wiatr i obserwując chmury jak mali meteorolodzy. Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że każde z nich mogło poczuć się ekspertem w swojej części zadania i to naprawdę budowało ich pewność siebie.

Lokalne aktywności

Później, kiedy obostrzenia w końcu trochę zelżały, zaczęłam szukać sposobów, żeby wyciągnąć dzieci z domu i pokazać im coś więcej niż nasze codzienne zabawy. Okazało się, że najlepszym odkryciem były… lokalne biblioteki i muzea. Serio, wiele Au Pair nie ma pojęcia, jak ogromny potencjał kryje się w tych miejscach w USA. To nie są tylko regały z książkami, ale prawdziwe centra aktywności dla rodzin. U nas biblioteka i muzeum organizowali wszystko: warsztaty artystyczne, teatr na świeżym powietrzu, zajęcia muzyczne, czytania prowadzone przez animatorów, a nawet małe klubiki tematyczne dla różnych grup wiekowych. Dzieci mogły malować, śpiewać, przebierać się, słuchać historii, a ja mogłam patrzeć, jak bawią się i integrują z innymi dziećmi. Najlepsze było to, że większość tych atrakcji była całkowicie darmowa, trzeba było jedynie sprawdzać kalendarz wydarzeń i zapisywać się wcześniej, bo miejsca znikały szybko.

Małe wyzwania, wielki fun

Świetnie sprawdzały się też aktywności na świeżym powietrzu – zwłaszcza kiedy chciałam ich odciągnąć od ekranów i jednocześnie zrobić coś sensownego. Organizowaliśmy „misje badacza”, czyli małe terenowe poszukiwania: lista rzeczy do odnalezienia, określone kształty, rośliny, kolory, oznaczenia przyrodnicze. Czasem dawałam im lupę, notes i stawaliśmy się małymi „naukowcami w terenie”. Zwykły spacer zamieniał się w przygodę, a oni obserwowali świat bardziej świadomie, ucząc się przyrody.

Jedną z naszych ulubionych aktywności było „laboratorium ruchu”. Wychodziliśmy do ogrodu i robiliśmy mini wyzwania: kto skoczy dalej, kto pobiegnie szybciej, kto dłużej utrzyma równowagę na jednej nodze. Dzieci dostawały swoje „wyniki”, porównywały je, biły rekordy i same wymyślały nowe zadania. To była mieszanka zabawy, energii i rywalizacji, która działała zawsze, nawet w dni, kiedy wydawało się, że nic ich nie ruszy z kanapy

To wszystko nauczyło mnie jednej, WAŻNEJ rzeczy:

najlepsze pomysły nie rodzą się z Pinteresta ani z gotowych list. Najlepsze powstają z wyobraźni, z tego, co masz pod ręką, z tego, co dzieci lubią i z tego, co wpadnie Ci do głowy w danej chwili. I właśnie w tym tkwi magia bycia Au Pair, możesz tworzyć świat, w którym dzieci uczą się, bawią i odkrywają nowe rzeczy.

To, o czym opowiedziałam, to tylko część naszych codziennych przygód podczas dwóch lat w USA – w tym w czasie pandemii, kiedy moje host kids były praktycznie non stop w domu. Najpiękniejsze chwile powstawały spontanicznie. Dzieci nie potrzebują drogich atrakcji. Potrzebują Twojej uwagi, wspólnego czasu i chęci do wspólnej zabawy.

Najważniejsze?

Ciesz się każdą chwilą, baw się razem z nimi i nie bój się improwizować, bo w tym właśnie kryje się cała radość bycia Au Pair.

Zamów broszurę

Zamów bezpłatną broszurę i zapoznaj się z ideą bycia Au Pair.
Przedstaw nas swoim bliskim!

Odkryj plusy
naszego programu
Au Pair

Dołącz do newslettera

Subskrybuj, aby otrzymywać najnowsze wiadomości!