Mój spontaniczny, urodzinowy weekend w Puerto Rico 🌴

Hej, pamiętacie mnie?
Jestem Sara i w moim ostatnim wpisie opowiadałam Wam o tym, jak zakochałam się w Nowym Jorku. Dzisiaj chcę zabrać Was trochę dalej. Dalej niż Manhattan, dalej niż Long Island… Chcę opowiedzieć Wam historię mojego urodzinowego wypadu do Puerto Rico, czyli miejsca, które dziś mogę śmiało nazwać jednym z moich ulubionych na Ziemi.
To miał być krótki, spontaniczny weekend z przyjaciółką au pair. Słońce zamiast marcowej zimy w Nowym Jorku, ocean zamiast drapaczy chmur i latynoskie rytmy Bad Bunny’ego, o którym znów mówi cały świat po jego występie na Super Bowl. Nie wszystko poszło zgodnie z planem… ale może właśnie dlatego ta podróż stała się tak wyjątkowa.

Plan idealny (który rozpadł się już na lotnisku)
Pomysł był prosty: lecimy z Nowego Jorku do Puerto Rico, wynajmujemy samochód, objeżdżamy wyspę i kończymy weekend w San Juan. Na lotnisku czas upływał nam bardzo dobrze, no… może nawet zbyt dobrze.
Rozmowy, śmiechy, planowanie playlisty, zdjęcia… totalnie się zagapiłyśmy. Byłyśmy przekonane, że mamy jeszcze chwilę, że zaraz pójdziemy pod bramkę. Sama do dziś nie wiem, jak to się stało – czas po prostu nam uciekł, a my żyłyśmy już tą podróżą, jakbyśmy były jedną nogą w Puerto Rico. Nagle spojrzałyśmy na tablicę odlotów. Nasz samolot odleciał. Z bramki obok. Dziesięć minut wcześniej.
Stałyśmy w totalnym szoku. Podeszłam więc do pracownicy lotniska i powiedziałam coś w stylu: „Mam dziś urodziny. To miał być mój urodzinowy wyjazd.” I stał się mały cud – przebukowała nam bilety za darmo. Musiałyśmy tylko czekać całą noc na poranny lot.
Tak więc zamiast imprezy… noc na lotnisku. Zamiast hotelu… lotniskowe krzesła. Zamiast planu… totalny chaos. Ale śmiałyśmy się przez całą noc i już wtedy wiedziałam, że ta historia będzie wyjątkowa.

Zima w NYC, lato w Puerto Rrrrrico
Kiedy wylądowałyśmy, wszystko dookoła przestało mieć znaczenie. Słońce, ciepłe powietrze, ocean… Zimowy Nowy Jork, w którym mieszkałam, został gdzieś daleko. Odebrałyśmy samochód, przebrałyśmy się w krótkie spodenki i pojechałyśmy prosto nad wodę. Pina colada na plaży smakowała jak nagroda za tę zarwaną noc, a ja już wiedziałam, że te urodziny będą inne niż wszystkie. Spacer po pastelowych uliczkach San Juan, małe knajpki, zachód słońca nad oceanem, wszystko było po prostu idealne. Spałyśmy w hostelu – prosto, bez luksusów, ale z ogromnym poczuciem wolności i radości z każdej chwili. Następnego dnia pojechałyśmy do lasu deszczowego El Yunque i… zaniemówiłam. Wodospady, tropikalna roślinność, ścieżki prowadzące przez dżunglę i grupa Polaków po sześćdziesiątce, którzy żeglowali po świecie i właśnie dopłynęli do Puerto Rico.
To spotkanie przypomniało mi coś ważnego: marzenia nie mają terminu ważności.

Plaża, domino i energia wyspy
Na jednej ze słynnych plaż (tej, na której Bad Bunny nagrywał swój album), zaczęłyśmy rozmawiać z lokalsami. Domino, śmiech, muzyka unosząca się w powietrzu. Nikt się nie spieszył. Nikt nie patrzył na zegarek. I właśnie wtedy wydarzyła się scena, która idealnie oddaje klimat tej wyspy. Poszłyśmy do małej knajpki zamówić kokosowe lody. Kiedy przyszło do płacenia, okazało się, że nie można zapłacić kartą. Stałyśmy chwilę zakłopotane, próbując coś wymyślić. I wtedy zupełnie przypadkowa osoba przy barze, która była świadkiem całej sytuacji, uśmiechnęła się i powiedziała: „„Tranquilas, chicas, lo pago yo.” (Spokojnie dziewczyny, ja zapłacę.) Po prostu, bez oczekiwań, bez pytań. To był drobny gest, ale dla mnie znaczył więcej niż te lody. Pokazał mi, jak bardzo otwarci i serdeczni są ludzie na tej wyspie. W Puerto Rico czujesz się jak gość tylko przez chwilę, bo potem stajesz się częścią ich świata.

„Zrób coś szalonego”, czyli tatuaż na całe życie
Podczas wyjazdu dostałam wiadomość od mojej host mamy: „To Twoje urodziny. Zrób w Puerto Rico coś szalonego – it’s on me!” I chyba wzięłam to sobie bardzo do serca. Wpadłam na pomysł, żeby zrobić tatuaż, w nawiązaniu do Bad Bunny’ego i tego miejsca. Coś małego, symbolicznego, ale z ogromnym znaczeniem. Kiedy powiedziałam o tym mojej host mamie… zgodziła się i powiedziała żebym koniecznie wysłała jej zdjęcia 😀
W tamtym momencie zrozumiałam coś jeszcze. To nie była tylko „rodzina goszcząca”. To była osoba, która naprawdę mnie wspierała, kibicowała mi i chciała, żebym przeżywała życie odważnie. Dziś mam pamiątkę na całe życie. Nie tylko po Puerto Rico, ale po całym moim programie.

Czego nauczył mnie ten weekend?
Że możesz przegapić samolot. Że plany mogą się rozsypać. że nawet w przeciągu tak krótkiego czasu można zrobić tak wiele, a czasem marnujemy całe dni, nie robiąc nic. Ale jeśli masz wokół siebie dobrych ludzi i w sobie odrobinę odwagi, wszystko może zamienić się w historię, którą będziesz opowiadać latami.
Ten weekend był spontaniczny, trochę chaotyczny i totalnie nieidealny. Jednak na swój sposób perfekcyjny. Taki według mnie jest też sam program Au Pair. Dał mi coś więcej niż podróże- dał mi odwagę, wolność i ludzi, którzy mówili: „Zrób coś szalonego”.
A Ty? Na co odważyłabyś się, gdybyś wiedziała, że świat stoi przed Tobą otworem?
Zamów broszurę
Zamów bezpłatną broszurę i zapoznaj się z ideą bycia Au Pair.
Przedstaw nas swoim bliskim!

Odkryj plusy
naszego programu
Au Pair




