Relacje uczestników

Jak było w USA?

Przeczytaj relacje

Zobacz reportaże

scroll

Zobacz, jak radzą sobie nasze au pair!

Postanowiłam od razu, że to będzie mój cel!

Martyna, 21 – Złotów

Mam na imię Martyna i pochodzę z małego miasteczka w Wielkopolsce, ze Złotowa. Miałam przyjemność uczestnictwa w programie Au Pair in America w roku 2013/2014. Przez rok mieszkałam pod Bostonem w stanie Massachusetts opiekując się trójką nastolatków- Jack miał 14 lat, a bliźniaczki Madeleine i Charlotte 12 lat. Zdecydowałam się na wyjazd, kiedy byłam jeszcze w liceum i znalazłam przypadkiem ulotkę na korytarzu w szkole. Postanowiłam od razu, że to będzie mój cel i kiedy tylko uporam się z trudami matury - wyjeżdżam! Powody były różne, przede wszystkim zawsze pragnęłam poznać Amerykę osobiście, czułam potrzebę przeżycia przygody, a także podszlifowania języka. Z dumą mogę teraz powiedzieć, że to mi się udało!

Najtrudniejsze było dla mnie pożegnanie z rodziną i to na rok, z czego, z perspektywy czasu, wydaje mi się, że wcale nie zdawałam sobie sprawy. Największe obawy były takie, że nie jadę przecież np. do Londynu, z którego mogę powrócić w ciągu godziny do Polski, jeśli tylko coś pójdzie nie tak. Leciałam za wielką wodę, za ocean i będę musiała nauczyć się odpowiedzialności sama za siebie. Z punktu widzenia dziewiętnastolatki to było dużo, ale znów nie wydaje mi się, żebym zdawała sobie wtedy z tego sprawę.

Moja przygoda w USA zaczęła się od pierwszego w życiu lotu samolotem. Tak, mój pierwszy lot trwał ponad 9 h! Nie wiedząc co mnie czeka, wsiadłam do Dreamlinera polskiego LOT-u i wyruszyłam w podróż życia. Pamiętam tylko, że trzymałam Kasię (jedną z przyszłych wtedy Au Pair) mocno za rękę i trochę obawiałam się lądowania, ale poza tym, pierwszy lot minął bardzo szybko i gładko. Przyleciałyśmy do jednego z największych lotnisk na świecie – JFK w Nowym Jorku. Wszystko się świeciło, ludzie byli uśmiechnięci, pozytywni i panował wszechobecny język angielski z cudownym amerykańskim akcentem. Trochę mnie to na początku przeraziło, ale oczywiście nie zrażałam się – język miałam zdecydowanie na poziomie komunikatywnym. Lubiłam jednak słuchać, wsłuchiwać się, kiedy Amerykanie akcentowali każdy wyraz i marzyłam o tym, aby kiedyś mówić przynajmniej podobnie. Z lotniska zostałyśmy przewiezione do hotelu Hilton pod Nowym Jorkiem. Pierwszy raz miałam okazję być w tak pięknym i luksusowym hotelu. Szybko zapoznałam się z paroma Au Pair z różnych zakątków świata, poznałam też kilka nowych Polek. Bardzo podobała mi się ta mieszanka kulturowa – każda dziewczyna była inna, przyjechała do innej rodziny i innego Stanu. Wymieniałyśmy się poglądami, oczekiwaniami, marzeniami… Każda z nas miała je różne, natomiast co do jednego byłyśmy zgodne – chcemy przeżyć swój Amerykański Sen.

Szkolenie było bardzo przydatne, dowiedziałam się wielu rzeczy, które wykorzystałam podczas późniejszego pobytu u Host Family. Pamiętam jedną rzecz, która jednak mnie zmyliła. Nie wiedziałam wcześniej, jak się mówi na wózek dziecięcy i bardzo utkwiło mi w pamięci słówko stroller, którego się nauczyłam. Pewnego dnia podczas zakupów z Host Dad powiedziałam, że idę po wózek na zakupy używając tego samego słowa i bardzo go to rozbawiło. Myślę, że każda Au Pair ma tego typu historie na swoim koncie. Poprzez wszechobecne podekscytowanie szkolenie minęło nam bardzo szybko, zakończone było cudowną wycieczką po Nowym Jorku, którą zafundowała mi Host Family. Myślałam, że to był sen, wszystko wyglądało dokładnie tak, jak w amerykańskich filmach. Wiedziałam, że Boston jest niedaleko miasta, które nigdy nie śpi i cieszyłam się, że łatwo będzie mi tam wrócić.

Po szkoleniu wyjechałam do Bostonu pociągiem z innymi Au Pair mieszkającymi w pobliżu i co stację wysiadała kolejna witając się ze swoją „nową rodziną”. Po mnie przyjechała Host Mama, Alicia. Piękna, wysoka szatynka rzuciła mi się w ramiona i powitała, jakbyśmy znały się od lat. Rozmawiałyśmy całą drogę do „nowego domu”. Po przyjeździe przywitałam się z dziećmi oraz ich tatą i rozdałam im prezenty, w których oczywiście nie zabrakło polskich słodyczy.! W moim nowym pokoju czekał nam mnie podarunek od Host Family, a dzieci napisały mi przeurocze listy.

Rozpoczęłam swoje obowiązki, powoli przyzwyczajałam się do nowego życia, które czasem, jak to bywa, rzucało mi kłody pod nogi. Moje nastolatki, jak to na nastolatki przystało nie zawsze byłe idealne, natomiast zawsze starałam się znajdować wyjście z sytuacji i zajmować się nimi tak, jak ja chciałabym, aby ktoś kiedyś zajmował się moimi dziećmi. Przeżyłam z nimi naprawdę cudowny rok pełen wyzwań, ale i przyjemności. Dzięki nim miałam okazję być na wielu prestiżowych wydarzeniach kulturalnych oraz meczach: NBA, NFL, NHL, MLB. Jestem im jednak najbardziej wdzięczna za ich dobroć, przygarnięcie mnie do swojej rodziny i próbowanie zastąpienia mi tej prawdziwej.

Na swoją rękę chciałam także realizować moją największą pasję, jaką jest podróżowanie. Wspominałam już oczywiście o Nowym Jorku, udało mi się jednak odwiedzić także Miami, Key West, Washington D.C., Portland oraz mój ukochany Boston. Są to takie chwile w życiu, których się nie zapomina. Szum morza na South Beach słyszę, gdy zamykam oczy, widzę siebie stojącą przed Białym Domem, kiedy oglądam Baracka Obamę w TV i przypominam sobie mecze na Fenway Park, kiedy mam zajęcia na AWF. To wszystko zostaje w głowie, często się dziwię, jak ja w ogóle tego dokonałam i zastanawiam czy to naprawdę się wydarzyło. Mój rok nie był idealny, dziwiłabym się gdyby tak było. Zdecydowanie jednak mogę powiedzieć, że to był mój najlepszy rok w życiu. Czasami mam wrażenie, że to był tylko sen, Amerykański Sen.