Au Pair
Zmiany w sezonie 2012! Dowiedz się więcej o aktualnych cenach i warunkach programu.         *  *  *         Nie czekaj! Przeżyj przygodę życia już w tym roku! Zgłoś się online!         *  *  *         Au Pair in America na Facebooku!

LUCYNA, 22 - ALEKSANDRÓW KUJAWSKI

Na początku były marzenia

Stany Zjednoczone… marzenie wielu młodych ludzi… Fantazje o życiu, jakiego się nie znało, o ciekawych miejscach do tej pory znanych tylko ze scen filmowych. Dziś, z uśmiechem na ustach myślę sobie, że byłam jedną z nich. Dlaczego byłam? Bo spełnił się mój „American Dream”. Okazało się, że marzenia nie spełniają się same, ale wystarczy im pomóc, by stały się rzeczywistością. Ale po kolei…

Jak zaczęła się moja przygoda? Jednym słowem: niespodziewanie. Od zawsze myślałam o zagranicznych podróżach, o zrobieniu czegoś, co po latach będę mogła wspominać. Nie marzyłam wtedy o Ameryce. Niemałym wyzwaniem byłby już wyjazd do Anglii. Los jednak chciał inaczej. Kilka dni po moich 18. urodzinach wydarzyło się coś niezwykłego, co przewróciło moje życie do góry nogami. Pewnego wieczoru dowiedziałam się, że mam wujka w Stanach Zjednoczonych. Nigdy o Nim nie słyszałam, więc nietrudno się domyśleć, jak szokująca była to dla mnie informacja. Jednocześnie zrodziła się nieodparta chęć poznania krewnego z Nowego Yorku.

Mamo, nie martw się!

Niestety, mama kategorycznie zabroniła mi wyjazdu na własną rękę. Olbrzymie koszty biletu, strach o „małą córeczkę w wielkiej Ameryce”. Tylko, że ja nie chciałam być małą dziewczynką! Chciałam wykorzystać swoje 5 minut. Jednocześnie wiedziałam, że muszę mieć plan. Rodzina nie popierała mojego pomysłu, dlatego ze wszystkich sił musiałam pokazać, że jestem dorosła i gotowa na tak poważny krok. Z roku na rok odkładałam wyjazd, ale pomysł nadal tkwił w mojej głowie. Z wielką radością uczyłam się angielskiego, czytałam o obcej kulturze. Dowiedziałam się tak wiele, że z każdym dniem Ameryka była mi coraz bliższa.

Mówi się, że jak skakać, to na głęboką wodę. Początkowe plany wyjazdu na 2 miesiące wakacji przerodziły się w myśl o dłuższym pobycie. Wszystko za sprawą przypadku, choć wierzę, że nic nie dzieje się przypadkiem. Przeglądając ofertę Camp America ujrzałam w pasku na dole strony internetowej link do Au Pair in America. To był strzał w dziesiątkę! Praca i nauka zapewniona, mnóstwo wrażeń i opieka nad dziećmi, do których zawsze miałam dobre podejście. Opiekowałam się wcześniej dziećmi, jednak wyjazd Au Pair wymaga doświadczenia nie w kręgu rodziny, lecz nieco bardziej „zawodowego”. Poza tym, w Ameryce, by w pełni móc korzystać z życia i np. pójść do prawdziwego clubu, trzeba mieć ukończone 21 lat. Postanowiłam poczekać do tego czasu. Zainspirowana własnym pomysłem zaczęłam wcielać go w życie. W wakacje odbyłam 3-miesięczną praktykę w pobliskim przedszkolu. Pierwsze trzy dni przepełnione były emocjami, a opieka nad dziećmi okazała się tym, czego potrzebowałam dla poczucia spełnienia. W przedszkolu czułam się jak ryba w wodzie. Wiadomo, nie była to łatwa praca, dzieci potrafią wyprowadzić z równowagi, ale wystarczy jeden uśmiech małej istoty i cała złość mija.

Dlaczego Au Pair in America?
   
Po przedszkolnej praktyce zaczęłam działać dalej. Przejrzałam wiele wypowiedzi na forum internetowym, rozmawiałam z dziewczynami i spośród wielu agencji wybrałam Au Pair in America – firmę z wieloletnim stażem i całym gronem zadowolonych uczestniczek programu. Oferta była duża, podział dotyczył proporcji pomiędzy godzinami obowiązkowej nauki a pracą jako opiekunka do dzieci. Wybrałam program gwarantujący maksymalnie 45 godzin pracy i obowiązek nauki sponsorowanej przez stypendium w wysokości 500$ rocznie. Nigdy nie żałowałam swojego wyboru. Moje jedyne problemy rekrutacyjne dotyczyły wcześniej przebytej przeze mnie operacji i branych obecnie leków. Prośby o dodatkowe zaświadczenia lekarskie nie zniechęciły mnie. Wprost przeciwnie. Pokazały mi, że trafiłam na agencję, która nie wybiera swoich au pair przypadkowo. Byłam sprawdzana na wiele sposobów, co upewniło mnie, że Au Pair in America to poważna firma. Co za tym idzie, jeśli kandydatki na au pair są tak szczegółowo sprawdzane, to miałam przeczucie, że tak samo jest z rodzinami goszczącymi. Uzbrojona w dodatkowe pokłady pozytywnego myślenia, miałam kolejny argument, by przekonać rodzinę, że nie będę jedną z tych dziewczyn, które mają być opiekunkami, a trafiają do domów publicznych... Klamka zapadła, moje zgłoszenie wreszcie przeszło przez cały nieskomplikowany, ale szczegółowy proces sprawdzający kandydatki na przyszłe opiekunki do dzieci. Pozostała najważniejsza część programu - poszukiwanie „host family” czyli mojej „nowej” rodziny i uroczych dzieci do opieki. I tu program kolejny raz pozytywnie mnie zaskoczył. Miałam możliwość porozmawiania z wieloma rodzinami, zanim zdecydowałam się na „matching”. Wydawałoby się, że to nie problem znaleźć właściwą rodzinę. Jednak ciągle czegoś brakowało, tej intuicji, że to „ta”.

Moja "nowa" rodzina

Pewnego dnia odezwała się do mnie przemiła kobieta z małego miasteczka Concord niedaleko Bostonu. Przesłała mi wiele informacji o rodzinie oraz kilka zdjęć. List od Allison był pełen ciepła, można było wyczuć, że nie potrzebuje tylko pracownika, lecz zarówno ona, jak i rodzina chcieliby mieć w au pair kogoś wyjątkowego. Jednak tym, co prawdziwie poruszyło moje serce, było zdjęcie uroczych dziewczynek: Sophii oraz Genevieve, które później były nie tylko „angels” i „sweetie”, ale Keiki i Vivi. Do tej pory właśnie takimi je pamiętam. Uśmiechnięte, pełne życia dziewczynki w wieku 4 i 6 lat. Kilka rozmów telefonicznych, dziesiątki wiadomości e-mail i to właśnie oni okazali się moim przeznaczeniem. Co prawda, początkowo marzyłam o rodzinie z Nowego Yorku, jednak z czasem stwierdziłam, że nie liczy się miejsce, lecz ludzie, którzy mnie otaczają. No i… Harvard! Gdy Allison pierwszy raz powiedziała mi o możliwości nauki na najpopularniejszej uczelni stanu Massachusetts, myślałam, że spadnę z krzesła. To było dla mnie jak sen! Ja i Harvard? Życie jednak potrafi zaskakiwać, gdy zupełnie się tego nie spodziewamy! Nie wahałam się ani chwili dłużej. Pomimo wielu wątpliwości zdecydowałam się na dopasowanie z rodziną Larew. Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje. Po kilku miesiącach, potrzebnych na ukończenie drugiego roku studiów oraz wyrobienie wszystkich potrzebnych dokumentów, gotowa byłam do drogi. Spakowana i pełna pozytywnego myślenia, 11 sierpnia stałam na lotnisku Okęcie, w podekscytowaniu czekając na lot ku nowej przygodzie.

Pierwsze dni w USA
    
Podróż mojego życia i wreszcie roczny pobyt jako Au Pair u amerykańskiej rodziny był poprzedzony kilkudniowym spotkaniem orientacyjnym w Stamford. Dowiedziałam się tam o kulturowej przepaści pomiędzy Polską a USA oraz wielu informacji o przyszłej pracy. Przepełniona nową wiedzą, gotowa na wszystko, co mogłoby się wydarzyć, ruszyłam na „podbój” Concordu.
    
Sama zdziwiłam się szybkością, z jaką udało mi się zaaklimatyzować w nowym środowisku. Wiadomo, pierwszy tydzień był jak sen, dziewczynki urocze, rodzina cudowna, zero pracy, za to pełno okazji do poznania nowych ludzi. Dziewczynki nie mogły doczekać się mnie, a ja ich. Wszyscy byli szczęśliwi, bo w końcu przyleciałam. Szybko jednak okazało się, że życie to nie tylko blaski, ale i cienie. Pierwsze problemy z dziećmi przywiązanymi do mojej poprzedniczki pojawiły się zaskakująco szybko. Jak je rozwiązałam? Najprostszym a jednocześnie najtrudniejszym sposobem: miłością. Byłam świadoma tego, że nie mogę być „strażniczką”, ale jednocześnie nie mogę też dać sobie wejść na głowę. Trzeba było znaleźć równowagę. Za każdym razem, gdy musiałam "ukarać" dziewczynki, otrzymywałam wsparcie ich rodziców, co bardzo pomogło mi w zbudowaniu autorytetu w oczach Keiki i Vivi. Ze swojej strony, za każdym razem, gdy musiałam czegoś zabronić, mówiłam że bardzo je kocham, że chcę ich dobra - i myślę, że właśnie ta droga pomogła mi dotrzeć do małych serc. Jednocześnie miałam milion pomysłów na spędzenie czasu z dziewczynkami, a gdy ich zabrakło, piwnica pełna była zabawek i gier, z których można było skorzystać. Należę do osób, które lubią śpiewać i tańczyć, a moje podopieczne z radością uczyły się nowych piosenek (zwłaszcza po polsku) oraz pomagały mi w wymyślaniu własnych słów do znanych przebojów. Zakochałam się w dziewczynkach, a ku zaskoczeniu rodziców mój angielski był o niebo lepszy od mojej poprzedniczki, co znacznie ułatwiło współpracę. Każdego tygodnia czekał na mnie przywieszony na lodówce kolorowy grafik. Dni płynęły, przywiązywaliśmy się do siebie coraz bardziej. Wiadomo, że tęskniłam za bliskimi, ale ilość pracy i atrakcyjnie zorganizowany czas wolny sprawiał, że tęsknota pojawiała się rzadko. Zmieniło się to, gdy po kilku miesiącach odezwał się mój przyjaciel, z którym nawet nie miałam okazji się pożegnać. Za nim tęskniłam najbardziej. I tu także życie mnie zaskoczyło. Wyjazd do Ameryki pomógł nam zrozumieć, ile dla siebie znaczymy. Nie tylko się pogodziliśmy, ale mimo dzielącej nas odległości i innej strefy czasowej utrzymywaliśmy stały kontakt. Początkowo tylko internetowy, jednak z czasem także telefoniczny. Dziękuję twórcy kart pozwalających na 11 godzin rozmów z Polską za jedyne 5$! Co prawda od takiej liczby rozbolałyby nas uszy, jednak śmiało mogę stwierdzić, że 4-5-cio godzinne rozmowy ludzi żyjących w zupełnie innych światach to coś niezwykłego.

Moje królewny
     
Czas z rodziną Larew mijał niesamowicie szybko, nie nadążałam wyrywać kartek z kalendarza! Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy, choć zupełnie inne niż te spędzane w Polsce, przepełnione były rodzinną atmosferą. Nie czułam się jak au pair. Fakt, pracowałam więcej, ale tak naprawdę ciężko mi było odróżnić, kiedy pracuję, a kiedy nie. Uwielbiałam spędzać czas z dziewczynkami, dlatego i w wolnym czasie zdarzało się pojechać wspólnie do kina, czy też na niedzielny obiad do dziadków. Niestety praca z dziećmi czasami nie była łatwa. Krzyki, płacze z powodu zgubionej zabawki, drapanie, kopanie potrafiły zasmucić. Wtedy zaczynałam odwracać uwagę od problemu, wygłupiałam się, włączałam muzykę, a gdy było naprawdę źle, dziewczynki dostawały zasłużoną "karę". Nie można godzić się na wyzwiska czy gryzienie, a i takie sytuacje się niestety zdarzały. Na szczęście rzadko i z reguły nie spowodowane były konkretnym problemem, lecz chęcią zwrócenia uwagi rodziców, gdy byli w domu a nie mieli czasu dla małych, problemami w szkole, niewyspaniem albo chwilowym głodem. Z czasem nauczyłam się wyczuwać, skąd wynika zły humor dziewczynek i skutecznie temu przeciwdziałać.

Praca to nie wszystko!

Życie Au Pair to nie tylko czas spędzany z hostami, ale także ze znajomymi, dwutygodniowe wakacje oraz dodatkowy miesiąc na zwiedzanie po zakończeniu programu. W celu poznania nowych dziewczyn i pomocy w ich zaklimatyzowaniu, grupa organizowana przez agencję spotykała się co miesiąc w domu naszej koordynatorki. Były także organizowane atrakcje. Dzięki nim nauczyłam się jazdy na snowboardzie, snowtubingu, przepłynęłam Boston Cruise, zbierałam jabłka na „apple picking” i doświadczyłam mocy wrażeń na innych wyjściach. Zdecydowałam się na podbój Nowego Yorku, gdzie spędziłam zarówno urlopowy tydzień, jak i ostatni miesiąc. Poznałam wreszcie wujka i zostałam zupełnie oczarowana przerażającym początkowo „dużym jabłkiem”. Nie sposób jest opisać tych wszystkich miejsc, tam trzeba po prostu być. Moja host family przeszła samą siebie, jeśli chodzi o drugi tydzień urlopu. Pokochali mnie tak bardzo, że w nagrodę za moją ciężką pracę ufundowali mi urodziny w Polsce. Ponadto po swoich wakacjach miałam dołączyć do nich we… Francji, gdzie - jak się okazało - spędzają swoje 3 tygodniowe wakacje. Ich wakacje nie oznaczały już moich, ale wyjazd do Paryża, Turenne, Rocamadour i wielu innych był dla mnie kolejnym darem od losu. Niezależnie od tego, czy jadę tam pracować, czy zwiedzać. A w paryskim hotelu Hyatt, gdzie zatrzymaliśmy się na 3 dni, czułam się jak księżniczka z dwiema uroczymi królewnami.

Minął rok, i...
    
Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Rok minął jak tydzień. Musiałam wracać do swojego świata. Po powrocie przypomniałam sobie słowa, jakie usłyszałam przed wyjazdem:  „W programie płaczesz dwa razy: gdy opuszczasz swój kraj, i gdy musisz wracać ze Stanów”. To prawda. Płakałam, ale byłam wdzięczna za piękną przygodę, jaką miałam okazję przeżyć. Dziękowałam Bogu za wszystko, czego mogłam doświadczyć. Za opiekę i wskazanie właściwej drogi. Roczny wyjazd to także szkoła życia. Zdobyłam doświadczenie nie tylko w opiece nad dziećmi. Dziś nie jestem już dziewczyną, która boi się życia. Jestem kobietą świadomą swojej wartości, która za każdym razem w chwili zwątpienia mówi sobie: „Byłam w Ameryce, studiowałam na Harvardzie, przeżyłam wiele, więc dam radę!”. W końcu już przed wyjazdem kierowałam się mottem: „co mnie nie zabije, to mnie wzmocni”. Dziś wiem, że tak właśnie jest. Co jeszcze zyskałam: cudownego chłopaka, który, gdyby nie mój wyjazd, do tej pory pewnie byłby jedynie przyjacielem. Dziś jest także Moim Szczęściem, bo prawdziwe szczęście to nie miejsce, lecz ludzie, którzy nas kochają. Czasem trzeba podjąć ryzyko, bo można więcej zyskać, niż stracić. Właśnie z tych powodów, nigdy nie żałowałam i nie żałuję swojego wyjazdu. Na pytanie, czy wyjechałabym raz jeszcze, odpowiadam: jasne, ale już nie sama. Czy gdybym była jedną z Was, czytających ten tekst i rozważających wyjazd, podjęłabym ryzyko wyjazdu? Zdecydowanie TAK! W końcu nasze marzenia są na wyciągnięcie ręki. Szczęśliwa, z bagażem doświadczeń i swoją drugą połową u boku, śmiało przytaczam słowa mojego ulubionego pisarza Coelho: „Jeśli czegoś bardzo pragniesz, to cały wszechświat pomaga Ci spełnić to pragnienie”. Niemożliwe? Wystarczy uwierzyć i działać!
aktualności...

Zmiany w sezonie 2012!

Więcej...

Dołącz do nas na Facebooku!

Więcej...

Kliknij tutaj, aby zamówić bezpłatną broszurę informacyjną.

Nie było dnia, abym żałowała przyjazdu do USA. Mam wspaniałe wspomnienia! To niezwykła okazja, aby zaprzyjaźnić się z ludźmi z całego świata, podróżować i poznać zupełnie inną kulturę!

Renata, 21, Warszawa